piątek, 23 lutego 2007

Lubię zmiany. Dwa, trzy lata w jednym miejscu i już zaczynam czuć, że w moim otoczeniu (czy to praca, czy też miejsce zamieszkania), rzeczy i zdarzenia dobrze znane i oswojone zaczynają przeważać nad nieznanymi i czekającymi na zbadanie. Zaczyna się robić nudno. Myśli, niezajęte już pilną obserwacją otoczenia, zaczynają uciekać w tereny nieznane (ciekawe, jaka pogoda jest teraz w Szkocji?). Oczy, zmęczone codziennym widokiem tego samego, bliskiego upadku, zmurszałego ceglanego muru; tego samego, zaśmieconego peronu, zaczynają pilnie studiować rozkład jazdy pociągów dalekobieżnych.
Ranek musi być jednak zawsze taki sam. Poranne godziny to stabilny fundament, który musi wytrzymać zmienne humory współpracowników, kolejne przesunięcie Bardzo Ważnego Spotkania Od Którego Wszystko Zależy, emocjonalne wybuchy nastolatki, spóźnione pociągi i wiele innych katastrof.Dziś rozczarowanie. Wczesnym rankiem (jak zwykle) kupiłam gazetę na dworcu, jak zwykle kupiłam kawę, tą samą co zwykle (medium soya latte with extra shot, extra hot), jak zwykle wsiadłam do tego samego pociągu, co zwykle. Jednak skład pociągu nie był ten sam. Oparcie przede mną nie miało półeczki, na której można postawić kawę - no jak tu czytać gazetę, trzymając kawę w jednej ręce i mając jedynie jedną rekę do przekładania stron? Światło też jakieś bardziej intensywne - to zupełnie niedopuszczalne, żeby tak ludziom świecić w oczy z samego rana. I co tu robić? Wszystko nie tak! Wysiąść i czekać na następny pociąg? Pisać zażalenie do South West Trains?
Dzień nie zaczął się zbyt dobrze.

czwartek, 22 lutego 2007

A właściwie Parents Evening, a więc coś, co odbywa się zaledwie raz w roku, miało miejsce dziś. Bardzo się różni od polskiej, comiesięcznej wywiadówki. Otóż w dużej auli porozstawiane są stoliki, przy których siedzą nauczyciele, przed nimi tabliczka z nazwiskiem, obok stolika dwa krzesła - jedno dla rodzica, drugie dla dziecka. Tak, tak, na wywiadówkę przychodzi się z dzieckiem.

Nauczyciele - jak to w Londynie - są z różnych stron. Francuskiego uczy Kongijczyk a ICT Francuz. Małgosię wszyscy chwalą, również, ku mojemu zdziwieniu, nauczycielka angielskiego. A przecież moje dziecko jest tu niewiele ponad rok i przed przyjazdem potrafiła powiedzieć zaledwie "My name is Małgosia".

Po rozmowach z nauczycielami zebranie ogólne, bo dzieci w ciągu najbliższych tygodni będą musiały wybrać przedmioty do dalszej nauki. I tu spore zdziwienie - w Polsce dzieci bardzo długo uczą się wszystkiego, a tu już w wieku 13 -14 lat stają przed wyborem: albo geografia i taniec, albo historia i drama, albo francuski i art.... Jednym słowem - ppnieważ jednym z przedmiotów z tej grupy musi być przedmiot artystyczny, bo szkoła jest o takim profilu, spośród geografii, historii i francuskiego można wybrać tylko JEDEN przedmiot. Nie jestem zadowolona, ale też już rozumiem, skąd się bierze zdumiewająco dla Polaka niewielka znajomość geografii wśród tubylczej ludności, tudzież słaba znajomość języków. No i jeszcze jedno zaskoczenie - na zajęciach z "żywności" dzieciaki mają mnóstwo papierkowej roboty - rysują przepływy procesów (flowcharts) i wykresy Gantta, a więc coś, czego ja się uczyłam w wieku zaawansowanym na zajęciach z zarządzania projektami.

No, zobaczymy jak to będzie. W maju egzaminy....

niedziela, 18 lutego 2007

Nie wiadomo, czy to bliskość najlepiej zachowanych w Europie rzymskich łaźni (w odległości zaledwie kilku metrów) czy też frywolny klimat, jaki panuje zwykle w uzdrowiskach, wpłynał na fundatorkę tego oto nagrobku, który można obejrzeć (jak również ponad 600 innych - więcej w Wielkiej Brytanii ma tylko Westminster Abbey) w Bath Abbey:

Wspomniana fundatorka, to siostra zmarłej Dorothy Hobart (zm. 1722 w wieku 25 lat).

wtorek, 06 lutego 2007

Jakieś pół roku temu przeczytałam, że w Londynie znajduje sie Bardzo Duża Maszyna do Testowania Wszystkiego.

Dzisiaj szczęśliwie pamietałam o tym, że jest pierwsza niedziela miesiąca, a wiec jeden z dwunastu dni w roku, gdy maszyna jest dostępna dla publiczności i udałam się do Kirkaldy Testing Museum (tuż koło Tate Modern), w którym to muzeum znajduje się wspomniane urządzenie.

Trochę historii tytułem wstępu. W połowie 19 wieku budowano coraz więcej konstrukcji stalowych, niestety, ze względu na brak znormalizowanych metod testowania i generalnie brak dostatecznej wiedzy na temat wytrzymałości materiałów, nie zawsze to, co wybudowano, wytrzymywało obciążenia. Przykladem moze byc most Tay na Tamizie, ktory po 19 miesiącach zawalił się podczas silnych wiatrów (więcej na temat zawalenia się mostu można znależć tutaj: http://taybridgedisaster.co.uk/).

Jednym z pionierów metodycznego podejścia do testowania byl David Kirkaldy, ktory pracował jako niezależny inżynier i tester od 1866 roku. "Facts, not opinions" - to było jego motto, do dziś widniejące nad głównym wejściem do budynku, który był jego warsztatem a dziś (parter i piwnice) jest muzeum:

W 1866 Kirkaldy zbudował wspomnianą wcześniej maszynę, długą na 16 metrów i zdolną do mierzenia wytrzymałości elementów konstrukcyjnych o wadze do 300 ton. Osiem lat póżniej przeniesiono maszynę do specjalnie w tym celu wybudowanego budynku. Budynek i maszyna stanowia właściwie jedną całość(w piwnicy wyraźnie widać, ze elementy konstrukcyjne maszyny sa jednocześnie elementami konstrukcyjnymi budynku) i jest to jeden z powodow, dla których udało się ją zachować. Po śmierci wnuka Kirkaldiego w latach siedemdziesiątych XXw budynek stał przez prawie 10 lat pusty. Zainteresowało sie nim The Greater London Industrial Archaeology Society (GLIAS) jako nienaruszonym budynkiem przemysłowym ery wiktoriańskiej, a że maszyna jest cześcią budynku, chcąc go pozostawić nienaruszonym, maszynę również zachowano. Obecnie opiekuje się nią grupa woluntariuszy oraz fundacja, ktora wynajmuje wyższe piętra budnku, na muzeum pozostawiąjac parter i piwnice. Muzeum to oczywiście nie tylko ta jedna maszyna - można w nim obejrzeć używane przez Kirkaldiego maszyny do testowania betonu oraz kolekcję innych urządzeń testujących sukcesywnie gromadzonych przez fundację.

Spedzilam w muzeum bardzo mile dwie godziny. Zajeto sie mna i jeszcze jednym zwiedzajacym bardzo troskliwie - emerytowany Professor of Materials in Mechanical Engineering w Imperial College w Londynie nie odstepowal nas na krok, z ogromna miloscia opowiadajac o kazdym eksponacie. Muzeum zreszta bardziej przypomina warsztat - nie panuje tam zbyt wielki - muzealny - porzadek, a po salach paletali sie rozni mechanicy w zatluszczonych kombinezonach, ktorzy usilowali cos naprawic.

Zainteresowalo mnie, dlaczego ta maszyna jest taka duza, pamietalam bowiem ze szkoly, ze wytrzymalosc mierzy sie na zupelnie malutkich urzadzeniach. Wytlumaczono mi, ze ze te 140 lat temu nie potrafiono jeszcze przeliczyc wynikow otrzymanych z badania malego kawalka powiedzmy szyny kolejowej, na wytrzymalosc calej szyny, stad badano cale elementy konstrukcyjne.
Na jednym ze zdjec:

przedstawiajacym rycine portretujaca pietro warsztatu, widac rowno pouladane ogromne lancuchy i jakies inne tajemnicze elementy. badanie lancuchow bylo zreszta tym, co pozwalalo Kirkaldiemu zarobic na zycie i na zajmowanie sie bardziej naukowymi badaniami, ktorych rezultaty szczegolowo dokumentowal (niestety, wiekszosc jego biblioteki zaginela podczas tych lat, kiedy budynek po smierci bezdzietnego ostatniego Kirkaldiego stal przez pare lat bez opieki).

piątek, 29 grudnia 2006

Dawno temu, kiedy byłam nastolatką, wraz z nastaniem nowego roku kupowałam zeszyt. Wybierałam taki z cienkimi, gładkimi kartkami w twardej oprawie, miał mi on bowiem służyć za pamiętnik. Nie zawsze w owych czasach udawało mi się znaleźć w którymś ze świecących pustkami sklepów papierniczych odpowiedni egzemplarz, wtedy zwracałam się z prośbą o wsparcie do mojego Taty. Tato miał Tajemniczą Szufladę, pełną fascynujących przyborów - kartek, zeszytów, tuszów, przyborów kreślarskich, ołówków i tym podobnych utensyliów. Nie wolno nam było niczego w tej oazie nieskazitelnego porządku ruszać, ale często pod nieobecność rodziców zaglądałam po kryjomu w ten tajemniczy świat i wąchałam atrament, otwierałam pudełka z eleganckimi, metalowymi cyrklami, brałam do ręki delikatne arkusze kalki i jak już zaspokoiłam zmysły starałam się wszystko tak poukładać, żeby nikt nie zauważył mojej obecności.

Niestety, nawet najładniejszy zeszyt, wyciągniety przez Tatę z najgłębszych zakamarków szuflady nie pomagał i nigdy nie udało mi się prowadzić pamiętnika dłużej niż przez parę tygodni. I tak pozostało do dnia dzisiejszego - dostaję co roku w pracy nowy kalendarz, z zapałem prowadzę w nim notatki przez pierwsze tygodnie roku, potem przypominam sobie o nim tuż przed wakacjami, kiedy trzeba zaplanować urlop i zapełniam kalendarz wpisami przez kolejne kilka tygodni, potem znów przerwa i kolejna próba jesienią, gdzieś tak we wrześniu - październiku.

Zobaczymy, jak mi pójdzie z blogiem.

18:59, vierablu
Link Komentarze (5) »
1 ... 31 , 32
 
Join My Community at MyBloglog! Add to Technorati Favorites