sobota, 15 grudnia 2007
Nastolatka: Mamo, a może pójdziemy jutro do National Gallery albo Galerii Portretów?

Ja: A chciałaś obejrzeć coś konkretnego?

N.: Nie, ale już jakiś czas nic razem nie zwiedzałyśmy.

Ja.: Świetny pomysł! To jesteśmy umówione.

N.: A potem mogłybyśmy zajrzeć na Oxford Street, to naprawdę niedaleko, muszę kupić prezenty koleżankom, no i widziałam świetne spodnie w Top Shop...

Powered by ScribeFire.

piątek, 14 grudnia 2007
Poddaję się. Spędziłam kilka godzin na próbie zmodyfikowania CSS tak, aby mój blog wyświetlał się w IE dobrze i pokazywał tytuł oraz nie wyrzucał prawej kolumny poza nawias. Wyrzuciłam nawet wszystkie gadżety. I nic.

Całe szczęście 57% tych, którzy tu zaglądają IE nie używa.


Powered by ScribeFire.

czwartek, 13 grudnia 2007
W poprzednim wpisie zacytowałam fragment książki, opisujący grudniowe rozpasanie Anglików w początkach XVII wieku. Ani słowa o religijnym aspekcie - tylko tańce, hulanki, swawola i zakupy, zakupy. Nic dziwnego, że gdy w niedługi czas po powstaniu poniższego tekstu odbyła się egzekucja króla Karola Stuarta I, Olivier Cromwell doszedł do władzy a wraz z nim Purytanie, na fali zmian w kraju próbowano również przeprowadzić odnowę moralną. I zlikwidowano Boże Narodzenie aktem parlamentu. Purytańska straż pilnie wypatrywała dekoracji świątecznych i brutalnie konfiskowała świąteczne pieczyste.

Trwało to wszystko całe szczęście tylko kilkanaście lat i Boże Narodzenie szybko powróciło. Do jego odrodzenia przyczynił się niejaki William Winstanley, który niezmordowanie publikował książki i artykuły na temat świątecznych obyczajów i prowadził kampanie na rzecz ich przywrócenia. Skuteczną, aczkolwiek do czasu. Jak pisze autorka książki o Winstanley'u, Angela Barnes, w dwadzieścia lat po jego śmierci obyczaje bożonarodzeniowe zaczęły zanikać, "do 1800 roku prawie wymarły". I wkrótce ponownie odżyły, gdy amerykański pisarz Washington Irving odkrył i spopularyzował pisma Winstanleya. A wkrótce potem Charles Dickens napisał Opowieść Wigilijną i Boże Narodzenie w pełni powróciło do łask.

Powered by ScribeFire.

poniedziałek, 10 grudnia 2007
Często słyszymy, że święta się skomercjalizowały i że to nie to, co dawniej; że odchodzimy od religijnego aspektu Bożego Narodzenia. Natknęłam się na tekst z 1626 roku, autorstwa Nicolasa Breton'a Fantanstickers, z którego wynika, że komercjalizacja świąt zaczęła się chyba już dość dawno temu. A może Boże Narodzenie, ze swoimi przedchrześcijańskimi korzeniami zawsze było świętem radości i zabawy? Radości z nadchodzących coraz dłuższych dni? Może religijna nadbudowa świąt nigdy nie zakorzeniła się zbyt głęboko?

Breton tak mniej więcej opisuje grudzień (mniej więcej, bo tłumaczenie tekstów nie jest moją najmocniejszą stroną):
Teraz prawnik dobija do końca swych żniw, a jego klient do dna swojej kieszeni, teraz kury, gęsi, kaczki kapony i jagnięta muszą zginąć dla wielkiej uczty, gdyż przez dwanaście dni rzesze ludzkie nie poprzestaną na jedzeniu tylko trochę. Teraz toasty i ciasta. Teraz krawcy pracują pełną parą, żeby zdążyć przed świętami, i muzyka musi grać. Młodzi muszą śpiewać i tańczyć a starzy siedzieć przy kominku - takie jest prawo Natury. (...) teraz barman będzie leżał pijany w piwnicy. Ceny mięsa wzrosną niebotycznie a krawiec zarobi na próżności zamożnych. Kości i karty dadzą zarobić lokajowi, a jeżeli kucharczykowi nie zabraknie sprytu, będzie zlizywał słodycz z placów.

Przedziwne przedmioty świetnie się sprzedadzą,
Przedziwne historie zostaną opowiedziane,
Dziwnych krajobrazów będziemy szukać
Dziwnych przedmiotów mnóstwo zakupimy
I co tam jeszcze jeszcze się zdarzy

Grudzień - kosztowny dostarczyciel nadmiaru (costly purveyor of excess), płodziciel potrzeb (the after breeder of necessity), pomysłodawca szalonych zabaw (the practice of folly), czyściec dla Rozumu (purgatory of Reason).
Polskie tradycje świąteczne są chyba bardziej stonowane. Bo dla Polaka Boże Narodzenie to przede wszystkim Wigilia, a więc raczej oczekiwanie na radość, a nie radość sama w sobie. Na dodatke to oczekiwanie jest postne, ciche, zamknięte w gronie rodzinnym. Troszkę chyba jesteśmy smutasami?



Powered by ScribeFire.

Myślałam, że mnie dzisiaj skręci. Z okna widzę halę, w której przed chwilą skończył grać Led Zeppelin. Pocieszam się, że chętnych na bilet było milion i bilety były przydzielane metodą loterii. Marna pociecha!
Join My Community at MyBloglog! Add to Technorati Favorites