Życie codzienne

środa, 30 stycznia 2008
Moi czytelnicy się rozpisali na temat mięsa, a ja niestety nie miałam czasu na dodanie paru rzeczy na ten i pokrewne tematy. Najpierw praca, która aż krzyczy 'zmień mnie', potem czekanie w O2 aż Nastolatka wyjdzie z koncertu. Czekanie się nieco przedłużało, nie udało się więc uniknąć wizyty w ladies room (specjalne pomieszczenie do pudrowania nosów). Tamże po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że projektanci baterii łazienkowych czują się zbędni. A że nie jest to miłe uczucie, w celu uzasadnienia swojego istnienia wymyślają co i rusz nowy sposób na wypuszczanie wody z kranu. Niestety, wydają się oni mieć niewyczerpaną krynicę pomysłów, co powoduje u dam cierpiących na gwałtowną potrzebę przypudrowania nosa ataki lękowe, szczególnie nasilone w nowych budynkach. Nigdy nie wiadomo bowiem, czy trafi się na znany model kranu, czy też na na jakąś jeszcze nieopanowaną nowinkę techniczną. W świeżo oddanych do użytku przybytkach będzie to raczej nowinka techniczna.

Pamiętam, jak przed laty po raz pierwszy spotkałam się z kranem na fotokomórkę. Była to przydrożna toaleta przy niemieckiej autostradzie. Cała metalowa, nowiutka, błyszcząca. I ja, bezradnie wypatrująca jakiegoś pokrętła. Już, już miałam wyszeptać do lustra zaklęcie 'wodo wypłyń', gdy w jakimś nagłym przebłysku po prostu wsadziłam ręce pod kran. Zaklęcie okazało się niepotrzebne.

Za każdym razem, jak myślę, że na temat 'jak odkręcić kran' wymyślono już wszystko, natykam się na jakiś nowy pomysł. Tak było i dziś:



A może oni mają jakiś cykliczny konkurs na Kran Roku powiedzmy? No bo żeby tak sami z siebie siedząc przy biurkach codziennie między 9 a 17 zastanawiali się, jakby tu ludziom utrudnić?

O kranach pisałam już kiedyś. A w O2 jest fajnie:








Powered by ScribeFire.

sobota, 26 stycznia 2008
W ostatnich tygodniach dwaj znani kucharze, prowadzący na antenie brytyjskiej telewizji liczne programy poświęcone gotowaniu, zabrali się za pokazanie publiczności całej prawdy o kurczakach z farm. Ponoć (nie widziałam, obejrzany przed laty film o kurzych fermach śni mi się po nocach do dziś) Hugh Fearnley-Whittingstall nawet się przed kamerami rozpłakał. Jamie Oliver pokazał zgromadzonym w studio gościom cały proces "od jajka do kurczaka".

Brytyjczycy są wstrząśnięci. Kurczaki nie schodzą z pierwszych stron gazet. Dziś w sklepie zobaczyłam efekt tych programów i związanych z nimi dyskusji. Na zdjęciu poniżej widać, że półki z kurczakami z farm są pełne, półki z kurczakami free range a więc hodowanymi na powietrzu, gdzie mogą swobodnie chodzić są puste. Do ubiegłego tygodnia było odwrotnie. Dziś farmerzy hodujący szczęśliwe kury mówią, że zamówienia im wzrosły o 25%.



Podobna historia rozegrała się na Wyspach przed prawie 25 laty z cielęciną. Wstrząśnięty warunkami, w jakich hodowano cielęta na mięso, fundator organizacji Compassion in World Farming Peter Roberts wytoczył proces jednej z farm w Sussex. Proces odbił się szerokim echem w prasie i w końcu rząd (po sześciu latach, w 1990) zakazał używania spornych boksów, w których zwierzęta nie mogły się nawet obrócić.

Dziś cielęciny w sklepach nie uświadczysz. Nie wiem, czy ludzie tak byli wstrząśnięci warunkami, w jakich mięso jest hodowane, że przestali je kupować, czy też farmerom po wprowadzeniu zakazu hodowla przestała się opłacać, cielęcinę jednak jest bardzo trudno znaleźć. Właśnie rozpoczyna się kampania mająca przekonać Brytyjczyków, że odkąd warunki hodowlane zwierząt się poprawiły, jej jedzenie jest jak najbardziej ok, a wręcz może zapobiegać zabijaniu 'nadmiarowych' cieląt lub wysyłaniu ich do hodowli europejskich.

Warto to dodać, że o ile Wielka Brytania robi wszystko, żeby jedzenie zanim trafi na nasz stół nie cierpiało, o tyle, ku mojemu zdziwieniu, Unia Europejska zamierza zwiększyć dozwoloną liczbę kurczaków w klatce do 100, z obecnych 90. Jeżeli chodzi natomiast o cielęcinę, zakaz hodowania cieląt w ciasnych boksach miał (i mam nadzieję, że został) być wprowadzony dopiero w ubiegłym 2007 roku.

Tak więc, drodzy czytelnicy, jak mięso to tylko brytyjskie.


Powered by ScribeFire.

czwartek, 24 stycznia 2008
Rodzice powinni mieć obowiązek wysyłania swoich dzieci na co najmniej parę miesięcy zagranicę. Jak nie na studia, to do pracy. Naprawdę warto zobaczyć i odczuć na własnej skórze, że w życiu społeczeństw jest więcej niż jedno rozwiązanie danego problemu. Warto dowiedzieć się, że nie ma rozwiązań idealnych, cudownych lekarstw na wszystko. Warto przekonać się, że jak nasze rozwiązanie nie działa, to wcale jeszcze nie znaczy, że rozwiązania przyjęte przez inne kraje działają lepiej od naszego. Czasem (zwykle) nie ma po prostu rozwiązań idealnych.

Scenka pierwsza, w pubie, na szybkim piwie po pracy.

Mój szef: Co robisz w weekend?
Ja: Cokolwiek, co pozwoli mi uniknąć nagabywania Nastolatki w sprawie kupienia jej biletu na kolejny koncert.
Cała grupa chórem: A to ona nie zarabia?!?!?

Scenka druga. A właściwie wpis na blogu. Pewna Mama zastanawia się, czy jest aby na pewno dobrą mamą, bo jej kilkunastoletni syn sam rano wstaje, sam ścieli łóżko i sam robi sobie śniadanie.

Gdyby mnie ktoś zapytał, który świat jest lepszy, odpowiedziałabym, że żaden. W jednym dzieci nie zostawia się samych w domu do 12 roku życia, a już od 13 oczekuje, że będą same zarabiały na swoje wydatki. Zarabianie łączy się z poczuciem bycia niezależnym i dorosłym. Wielka Brytania ma największą w Europie liczbę ciąż wśród nastolatek.

W drugim nadopiekuńcze matki hodują zastępy życiowych kalek*, zwłaszcza tych rodzaju męskiego. Fakt, ciąż wśród nastolatek jest mniej, mniej dzieciaków zapijających się w weekendy. (Prawie połowa młodzieży z biednych czy w inny sposób mających gorszą pozycję, zaczęła pić przed 13 rokiem życia a jedna trzecia z nich się regularnie upija).

Nastolatka ma jutro swoją pierwszą pracę - pilnowanie dziecka sąsiadów. A na koncert na który mnie usiłowała namówić i tak nie pójdzie, bo fakt, że mieszkam tu, gdzie mieszkam, nie oznacza jeszcze, że mam pozwalać czternastolatce z hakiem na włóczenie się po klubach.

Może jeszcze z rok uda mi się utrzymać tę z góry upatrzoną pozycję.

---
* uwaga ta w najmniejszym nawet stopniu nie dotyczy matki autorki wspomnianego bloga!!


Powered by ScribeFire.

czwartek, 17 stycznia 2008
Drogie Czytelniczki, Drodzy Czytelnicy.

Jeżeli lubicie tu zaglądać i wybaczacie mi, że czasem sama jestem tu rzadkim gościem, byłoby mi miło gdybyście dali temu wyraz i oddali swój głos na mój blog, w tym oto konkursie (można głosować na więcej niż jednego bloga, moje typy są w zakładkach po prawej!)

Głos mogą niestety oddać jedynie posiadaczki i posiadacze polskiego numeru komórki.

Sms - płatny - 1,22 zł (dochód przeznaczony na Ośrodek Szkolno-Wychowawczy dla Dzieci Niewidomych), o treści D00015 (De - zero - zero - zero - jeden - pięć) wysyłamy na numer 71222.

Dziękuje.

(A u mnie chyba urwanie chmury - nagle zapadła noc i zamiast ulicy przed biurem mamy strumienie i strumyczki przybierające szybko na sile!)


Powered by ScribeFire.

sobota, 12 stycznia 2008
Ja, nalewając sobie wodę do szklanki: The next time we go shopping, could we please remember to buy some ice?
Nastolatka z Niemężem: opadnięte szczęki, wzrok wskazujący na całkowity brak zrozumienia.
Ja powtarzam uparcie: Could we please remember to buy some ice?
Nastolatka: Eyes???? Mum, are you ok?

Ja chcę do domu!!! Nikt mnie nie rozumie! Ponoć jest jakaś różnica w wymowie. Pomimo wysiłków Nastolatki i Niemęża nie udało mi się tej różnicy usłyszeć. To jak ja mam dobrze mówić?


Powered by ScribeFire.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
Join My Community at MyBloglog! Add to Technorati Favorites