A w Polsce

niedziela, 20 stycznia 2008
Przeglądam co ciekawsze fragmenty wybrane z różnych wydań Encyclopaedia Britannica. Fascynująca lektura. Jest i małe polonicum - w pierwszym wydaniu encyklopedii przedstawiono rycinę z flagami. Pod jedną podpisano Poland. Och, ci Polacy wymachujący szabelką... Sami zobaczcie:





Nigdy wcześniej się z taką formą polskiej flagi nie spotkałam, Google poszły więc w ruch, ale dopiero strony poświęcone tematyce morskiej do prowadziły mnie do informacji, że flaga powyżej to flaga polskiej marynarki wojennej, i to od Bitwy pod Oliwą począwszy.

Ot, ciekawostka.


Powered by ScribeFire.

sobota, 19 stycznia 2008
Wydaje się, że winni mają łatwiej. Zrobili źle, przeprosili, wybaczono im lub nie. Sytuacja jest jednak dość jasna - jest winny, jest ofiara, wiadomo kto kogo ma przepraszać i za co. Inaczej jest, gdy powiedzmy mamy siostrę. Pewnego dnia napadają na nasz dom źli mężczyźni, nas (czyli brata) trzymają pod muszką a siostrę na naszych oczach gwałcą. Dwie ofiary, z tymże jedna jest ofiarą zdecydowanie bardziej. Siostra ma do nas żal. Uważa, że nie zrobiliśmy wystarczająco dużo w jej obronie - okno było otwarte, mogliśmy chociaż krzyczeć, mogliśmy walczyć.

Co robimy po fakcie? Jak się przyjrzeć współczesnemu światu zachowania bywają następujące:

1. Wypędzenie. Możemy uznać, że to wszystko jej wina i wyrzucić (jakoś tak kojarzy się tu liczba 1968) siostrę z domu, żeby nam nie przynosiła więcej wstydu. Żeby jej cierpienie nie kłuło nas w oczy. Nie było wyrzutem sumienia. W skrajnych przypadkach siostrę czeka śmierć z rąk splamionych na honorze członków rodziny.

2. Milczenie. Nie patrzymy siostrze w oczy i nigdy nie podejmujemy bolesnego tematu. udajemy, że nic się nie stało, że jest tak, jak było zawsze.

3. Możemy też spojrzeć siostrze w oczy i przyznać, że bardziej dbaliśmy o własny tyłek. Możemy dać się jej wypłakać na naszym ramieniu. Możemy zorganizować jej pomoc. Możemy Przeprosić. Bronić przez złymi językami. Możemy dać w zęby temu sąsiadowi z przeciwka, który wszystko widział ze swojego okna i nie zadzwonił na policję.

Książki Grossa są dla mnie takim wołaniem zgwałconej siostry: "Stała mi się krzywda, nie dość, że nie zrobiłeś wystarczająco dużo, by stanąć w mojej obranie, to jeszcze wyrzuciłeś mnie z domu i udajesz, że nic się ni stało. Na dodatek twoje dzieci nigdy mnie nie spotkały, ale wiedzą, że ciocia jest puszczalska i dybie na spadek."

Czemu nas nie stać na zachowanie się po dorosłemu? Czemu jesteśmy tak świetni w milczeniu? Może dlatego, że postawa 1 i 2 świadczy o tym, że zaliczamy siostrę do jakiegoś podrzędnego gatunku? Za kumplem byśmy się raczej wstawili?
niedziela, 30 grudnia 2007
W ostatniej Gazecie Świątecznej Magdalena Środa napisała felieton poświęcony polskiej polityce rodzinnej - "Co robić, żeby mieć dzieci". O ile z jej diagnozą dotyczącą polskiej rzeczywistości się zgadzam, o tyle muszę niestety stwierdzić, że artykuł zaczyna się bardzo źle - od informacji niepełnej i niewłaściwie zinterpretowanej. Środa pisze:
Polacy na emigracji mnożą się na potęgę. W Londynie w grudniu 2007 r. polski konsulat zarejestrował 17 tys. podań o dokument tożsamości dla noworodków (podaję za Życiem Warszawy z 22 grudnia). W Warszawie urodziło się w tym czasie o połowę mniej dzieci. Nikt nie zbadał jeszcze dzietności polskiej migracji, ale są podstawy, by sądzić, że londyński baby boom jest symptomatyczny.
1. Coś takiego, jak "dokument tożsamości dla noworodków" nie istnieje. Można oczywiście założyć pewne uproszczenie i podejrzewać, że chodzi o tymczasowy paszport wydany na podstawie brytyjskiego aktu urodzenia na 12 miesięcy, jest to jednakże tylko moje podejrzenie.
2. Paszport taki jest wydawany dzieciom do lat pięciu. Fakt zarejestrowania podań w grudniu mówi niewiele o wieku dziecka - wiadomo jedynie, że ma ono mniej, niż 5 lat. Sugerowanie, że chodzi o noworodki jest nadużyciem. Jestem stałą czytelniczką forum Matki Polki w UK i wiem, że wiele rodziców (o ile wręcz nie większość) stara się o paszport dla dziecka dopiero wtedy, gdy planują oni wizytę w Polsce. Grudzień jest właśnie takim miesiącem wizyt.
3. Porównywanie liczby paszportów wydanych w grudniu z liczbą urodzeń (w Warszawie) w grudniu też jest nadużyciem.
Owszem, możliwe jest, że dziennikarze sprawdzili daty urodzenia dzieci, którym wydano paszport, i że porównano te same okresy, konstrukcja zdania jednak zupełnie na to nie wskazuje (napisano by raczej, że wydano 17 tys. paszportów dla dzieci urodzonych w grudniu).
4. Nie wiadomo, ilu jest Polaków w Wielkiej Brytanii (nie tylko w Londynie, konsulat wydaje paszporty dla ludzi zamieszkałych na terenie całego kraju), niektóre szacunki sugerują jednak, że jest ich mniej więcej tyle, co ludzi zameldowanych w Warszawie. Moim zdaniem są to szacunki przesadzone, ale załóżmy, że nie są. Niepełne dane o Polakach na Wyspach sugerują, że ok 70% - 80% z nas to osoby w wieku, w którym zwykle ma się dzieci. W Warszawie takich ludzi jest ok 30%. Czyli uwzględniając różnice w składzie demograficznym i przy założeniu Polacy w UK = warszawiacy, zakładając też, że porównywano urodzenia w grudniu w obu miejscach wynika, że dzietność jest mniej więcej taka sama.

Dużo tu niejasnych założeń. Na tyle dużo, że pisanie:
Polacy lubią mieć dzieci, przede wszystkim jednak wtedy, gdy stwarza się im dogodne warunki zarówno do opieki nad potomstwem, jak i do kontroli własnej płodności.
wydaje się być wnioskiem wysnutym z czegoś innego, niż podane "fakty". A może nawet nie jest to wniosek, a założenie?

Poza tym te "dogodne warunki do opieki nad potomstwem" to określenie bardzo nieprecyzyjne i możemy sobie pod nie podkładać różne treści. Moim zdaniem (ponownie - na podstawie wpisów na wspomnianym wyżej forum) te ponoć dogodne warunki to zaledwie minimum wystarczające na przeżycie od pierwszego do pierwszego, przy założeniu, że rodzina dzieli domek, a tym samym największą pozycję domowego budżetu - czynsz, innymi emigrantami. Owszem, jest to więcej, niż para, która była w Polsce bezrobotna, miała przed emigracją. Ale czy dzielone mieszkanie i pensja poniżej średniej + dodatki pokrywające część kosztów przedszkola i nieco rekompensujące niskie zarobki to są warunki "dogodne"? Czy gdyby naprawdę były dogodne, to czy tak często dziewczyny pytałyby się na forum, czy przeżyją, jak urodzą dziecko i będą musiały zrezygnować z pracy?

Nie lubię, jak osoby, które skądinąd cenię, podchodzą tak byle jak do tematu, jak podeszła Magdalena Środa. Wielka Brytania na prawdę nie jest krajem, który można by podawać jako przykład w zakresie rozwiązań dotyczących finansowych ułatwień w wychowaniu dzieci. To jest w końcu kraj, gdzie prawie 4 mln dzieci (1/3) żyje w rodzinach o dochodach poniżej linii biedy (60% średniej krajowej).

Może i faktycznie dzietność Polaków "wyjechanych" jest trochę większa niż tych, co zostali. W rozważaniu dlaczego tak jest nie zapominałabym jednak o czynniku psychologicznym - bezrobotna para wysyła mężczyznę na zarobek, rodzinna nagle troszkę finansowo oddycha. Po okresie rozłąki do mężczyzny dołącza kobieta. Są stęsknieni. Radość z ponownego bycia razem przypieczętowują dzieckiem.

PS. Dzięki Gościowi (patrz komentarze) dotarłam do cytowanego (czy raczej "cytowanego") przez Środę artykułu z Życia Warszawy. No doprawdy nie wiem, jak można porównywać liczbę urodzin bez jakiegokolwiek odniesienia do bardzo odmiennej struktury demograficznej grupy Polaków w WB i mieszkańców Warszawy.


Powered by ScribeFire.

sobota, 29 grudnia 2007
Od kilku dni docierają do mnie z Polski, od mniej lub bardziej znajomych, głosy oburzenia, zdumienia i zdenerwowania, związane z jednym tematem. Głosy pochodzą od osób religijnie obojętnych, czy wręcz ateistów. Oburzenie dotyczy tego, co powiedzieli biskupi.

Jest w tej sytuacji coś dziwnego, prawda? No bo czemu ateista zawraca sobie głowę tym, co mówi biskup? Byłoby to zrozumiałe, gdyby biskup nawoływał do wieszania ateistów, czy do jakiejś zbrojnej akcji itp. Ale dlaczego ateistę obchodzą poglądy biskupa na zapłodnienie in vitro?

Nie znam szczegółów sprawy - od dawna prawie w ogóle nie czytam polskiej prasy - mam jednak wrażenie, że skoro oburzenie jest silne, to coś jest nie tak. Czy biskup chce mieć wpływ na przepisy prawne dotyczące in vitro? Czy chce mieć wpływ na decyzję o bezpłatności zabiegu? Bo chyba znajomi ateiści by się nie oburzali, gdyby list biskupa sugerujący wiernym rezygnację z zapłodnienia zewnętrznego, wraz teologiczną wykładnią niezgodności in vitro z doktryną katolicką, był odczytany wiernym w kościele, podczas mszy?

Znajome niereligijne osoby musiały chyba tego biskupa usłyszeć w telewizji i to wcale nie na kanale katolickim? I ten biskup pewnie sugerował, że zapłodnienie in vitro jest złe również dla niekatolików?

Martwią mnie dwie rzeczy: pierwsza to brak w polskiej demokracji dbałości o prawa tych, którzy są w mniejszości; druga to uznanie zabiegu in vitro za na tyle ważny, że powinien być opłacany z podatków. Dlaczego za szkła kontaktowe, czy też za operację laserową redukującą moją ślepotę muszę płacić z własnej kieszeni, choć bez wspomagania wzroku musiałabym być zakwalifikowana jako niezdolna do pracy, podczas gdy ludzie mający trudności z poczęciem mogą otrzymać cykl zabiegów in vitro za darmo? Dlaczego bezdzietność ma być ważniejszym i pilniejszym problemem niż silna krótkowzroczność?

Wplątanie w dyskusję biskupów rodzi niestety sytuację bez dobrego wyjścia. Bo jak rząd zdecyduje, że nie będzie finansował in vitro, będzie posądzany o dostosowanie się do katolickiej wizji świata. Jak zdecyduje, że finansował będzie, podejmie kosztowną decyzję, która moim zdaniem nie ma dobrego uzasadnienia i nie jest dostatecznie dobrze przemyślana.




Powered by ScribeFire.

poniedziałek, 22 października 2007
Wczorajszy wieczór wyborczy wydawał się tak ekscytujący, że nawet nie przyszło mi do głowy, iż prawdziwe emocje czekają mnie dopiero dzisiaj. Otóż przewodniczący PKW obawia się, że rezultaty wyborów w m.in. Irlandii i Wielkiej Brytanii nie dotrą na czas (czyli gdzieś do północy).

Mam nadzieję, że to tylko przedwczesne obawy, bo zupełnie sobie nie wyobrażam, że tysiące ludzi, którzy stali w kolejce do urn nawet i po cztery godziny (zwłaszcza ci, co nie mieli szczęścia mieć nazwiska na litery od A do K) mogą się dowiedzieć, iż ich głosy nie są ważne.
Ja na samą myśl mam ochotę wyrzucić paszport przez okno, problem w tym, że go nie mam, bo czeka na odbiór w konsulacie.

Sprężcie się panowie i panie w komisjach i liczcie! Może wam pomóc? Może podrzucić skrzynkę Red Bulla? Już nawet zapłacę z własnej kieszeni, tylko na boginię, policzcie na czas!


 
1 , 2 , 3
Join My Community at MyBloglog! Add to Technorati Favorites